Od wczoraj jesteśmy na pięknych plażach stanu Goa w Indiach, ale trasa, która nas tutaj wiodła była pełna smrodu, dymu i syfu, który musiałem wykrztuszać z siebie codziennie rano. Włożenie palca do gardła w sumie mogło pomóc, ale nie skorzystałem…
Plan podróży był z góry ustalony, hotele porezerwowane i opłacone, bilety na pociągi i loty wykupione, a wszystko po to, aby nie marnować czasu na szukanie byle czego na miejscu. Iwona poświęciła ładnych kilkanaście godzin, jeśli nie więcej, na wyszukaniu wszystkiego – w takich sytuacjach zawsze bierzemy hotel o niskim standardzie i odpowiedniej cenie, ale musi być czysty, zapewniać ciepłą wodę oraz prąd. Jego lokalizacja jest też niezwykle istotna, aby nie tracić czasu na dojazdy.
To wszystko jednak nie miało absolutnie żadnego znaczenia, bo to co wisiało w powietrzu… nigdy jeszcze takiego syfu nie spotkałem.
Ten w New Delhi mnie zaskoczył, o dziwo, pozytywnie. Był znacznie lepszy niż się spodziewałem. Okolica była jaka była – na moim Instagramie znajdziecie zdjęcia stamtąd. To nie są slumsy, wbrew pozorom. To wszystko jednak nie miało absolutnie żadnego znaczenia, bo to co wisiało w powietrzu… nigdy jeszcze takiego syfu nie spotkałem. Prognoza pogody w iOSie pokazywała “zadymienie”. Nie wiemy (jeszcze) skąd ono się brało, ale zdecydowanie nie wpływało na nas pozytywnie. Szczególne problemy miałem z nosem, z którego non-stop musiałem smarkać na czarno. Natężenie brudu, dymu, zawiesiny, smogu czy po prostu syfu, było tak duże, że poranki spędzałem na odkrztuszaniu to co mi w nocy spłynęło do gardła. Jeśli brzmi to obleśnie to dlatego, że tak było w rzeczywistości.
Agra, drugi cel naszej podróży, była niewiele lepsza pod tym względem. Pomimo tego dopiero tam zacząłem do siebie dochodzić. Niestety miasto to jeden wielki slums – na szczęście hotel ratował sytuację. Niewątpliwie pomagał też fakt, że byliśmy 100 metrów od bramy wejściowej do Taj Mahalu.
Czyste powietrze, legalnie sprzedawane piwo, ocean i ciepło przez całą dobę.
Dzisiaj kończy się nasz pierwszy dzień na Goa i dopiero tutaj w pełni doszliśmy do siebie. Czyste powietrze, legalnie sprzedawane piwo, ocean i ciepło przez całą dobę. W każdym razie żyjemy, mamy wszystko co potrzebujemy i zajadamy się tiger prawnsami od rana do nocy. Takimi prosto z wody – połów odbywa się tutaj nad ranem, przed wschodem słońca, a na kolację jemy to co rybacy przywiozą. Wybór jest w każdym razie ogromny, a krewetki i kałamarnice są codziennie.
Najbardziej – nadal – szokują nas ceny. Dzisiaj zjedliśmy na kolację świeżuteńkie kałamarnice z ryżem, ziemniakiem w mundurku i sałatką. Do tego piwo i inne napoje. Rachunek?
Dwadzieścia pięć złotych.
Za dwie osoby.


Chcesz zwrócić mi na coś uwagę lub skomentować? Zapraszam na @morid1n lub na forum.