Jeśli chcecie mnie wesprzeć to zapraszam do kupna mojego poradnika "Jakim jesteś Makiem?".

Readlists najnowszą metodą kradzieży własności intelektualnej

· Wojtek Pietrusiewicz · 84 komentarze

Twórcom Readability nie wystarcza zbieranie pieniędzy na rzecz autorów od osób, które czytają ich teksty, nawet bez zgody samych autorów. Teraz postanowili uruchomić usługę Readlists, którą nie można nazwać inaczej jak bezczelną próbą legalizacji kradzieży.

Readlists polega na tym, że podajemy praktycznie dowolną ilość adresów do strony WWW, na których znajduje się jakiś tekst. Strona następnie wyciąga z podanych linków tekst i konsoliduje go do książki, którą możemy następnie pobrać jako ePub/mobi lub wysłać bezpośrednio na iPhone’a/iPada lub Kindle’a. Wszystko brzmi pięknie i ładnie jeśli to ja chcę wybrać kilka artykułów z mojej strony i opublikować je jako eBook. Gorzej natomiast, jeśli ktoś to chce zrobić za mnie, bez mojej zgody. Niestety, jest to całkowicie niedopuszczalne …

Po pierwsze, tekst pobierany ze strony jest przekształcany w nową formę wydawniczą bez pytania autora o zgodę. Może sobie tego nie życzyć. Może być jeszcze tysiąc innych powodów, włączając w to „Bo nie!” – to słowa autora i do niego należy decyzja co może z nimi robić lub nie. Istnieje też coś takiego jak prawa autorskie, których Readlists nie dostrzega.

Po drugie, dany autor może zarabiać swoimi słowami właśnie dzięki temu, że są czytane na jego blogu. Może mieć reklamy, linki afiliacyjne i wiele innych sposobów na utrzymywanie siebie i swojej rodziny. Jeśli jego słowa są, bez jego zgody, przekopiowane do „książki”, to traci te odsłony. Od razu uprzedzam, że o ile Instapaper i Pocket działają na krawędzi legalności, to Readlists i Readability go przekraczają. Te dwa pierwsze jednak w każdej chwili umożliwiają czytającemu przełączenie się do wersji oryginalnego w przeglądarce WWW. Readlists nie daje takiej możliwości.

Wysłałem maila do Readlists z żądaniem wyłączenia moich domen z ich usługi. Dam znać co dzieje się dalej w temacie …

Chcesz zwrócić mi na coś uwagę lub skomentować? Zapraszam na @morid1n lub na forum.

  • alekjed

    Tak z ciekawości, czym to się różni od słuchania muzyki na YT? Informacja musi być przecież wolna. Bycie na RL nie równa się stracona odsłona (see what I did there?). W końcu jeśli komuś się spodoba bo zobaczy to gdzieś indziej, trafi do źródła…

  • Słuchanie muzy na YT, jeśli klip jest wrzucony bez zgody autorów/wytwórni to kradzież. Nie słucham tam, więc …

    Dla każdego będzie to oznaczało co innego – dla mnie jest to olewanie faktu, że nie chcę być dystrybuowany bez mojej zgody w takiej formie (ani żadnej innej). Oraz zarabianie pieniędzy na mnie poprzez Readability.

  • domel

    A moge wydrukowac Twoja strone (jako „nowa forme wydawnicza”) i zabrac tam gdzie AKURAT nie mam dostepu do netu czy Twoim zdanie tez jest to „całkowicie niedopuszczalne”?
    Bez przesady bo jeszcze w PARANOJE wpadniecie!

  • dokładnie to samo chciałem napisać
    A co ze studentami czy innymi uczniami, którzy kserują książki na potęgę?
    Zamknąć ich wszystkich!!

    Do tego powinno się oskarżyć wszystkich twórców RSS readerów no bo przecież agregują wszelkie informację i udostępniają w sposób zmodyfikowany, bardzo często bez zbędnej grafiki, czy reklam. Toż autora takiego tekstu pewnie ku…ca strzela, że się jego cudne dzieło zmienia. I do tego bez jego wiedzy!

    Wyluzujcie… chyba, że nie macie o czym innym pisać.

  • w_sos

    1. stara już dyskusja o tym czym jest kradzież. Kradzież oznacza, że jakaś rzecz bezprawnie zmieniła właściciela. Np. ktoś ukradł ci z półki książkę.
    2. Kradzież własności intelektualnej to kiedy ktoś twój tekst podpisze swoim nazwiskiem. To jest kradzież.
    3. Przeczytanie jakiegoś tekstu w innej formie niż zaprezentowany na np. blogu nie jest kradzieżą, chociaż może ci się wydawać, że przez to masz mniej odsłon.
    4. Osoby niewidome wchodzące na twojego bloga okradają ciebie niemniej bezczelnie używając jakiegoś generatora głosu, który pominie treść reklam. oczywiście dostaniesz w takiej sytuacji swoje odsłony ale postępujesz nieuczciwie nieinformując swoich reklamodawców, że twój blog jest czytany przez osoby które nie widzą reklam. Używając twojego rozumienia słowa „kradzież” okradasz reklamodawców zawyżając liczbę odsłon swojej strony.
    5. oczywiście masz prawo Readability zabronić przetwarzania treści z twojej strony. Jednak w rozumieniu przepisów jak i na zdrowy rozum nie jest to kradzież tylko naruszenie praw autorskich. Tekst jest nadal twój i pod twoim nazwiskiem tylko został odpowiednio przemielony przez Readability.
    6. nie możesz natomiast zabronić ludziom znać treść twoich tekstów ponieważ przeczytali je w niewłaściwy sposób.
    7. dziś pojawił się piękny artykuł, że kawiarenki w których można wziąć z półki książkę i poczytać przy kawie a potem odstawić działają nielegalnie i okradają autorów tych książek. przemyśl to.

  • Kamil Cioch

    Rozumiem obawy autora oraz innych właścicieli praw autorskich, ale to jest absurd. Publikując w internecie (nie zakładając paywall’a) trzeba się liczyć z tym, że treść idzie w świat. To o co trzeba dbać to szacunek wobec autora. Gdyby prawa autorskie wymyślono w średniowieczu to nadal pokój dzieliłbym pewnie ze świnią… xD Trzeba pamiętać, że wszystko jest tworzone dla odbiorcy i powinien on mieć możliwość korzystać z tego jak chce (oczywiście nie mam tutaj na myśli przywłaszczania czyiś dóbr, ani zarabiania na nich). Też nie można odmawiać autorowi prawa do rozporządzania swoim dziełem jak mu się chce, ale takie decyzje jak ta powinno się wg mnie podejmować przed publikowaniem w internecie.

    Co do pomysłu Readlist – to mi się nie podoba ;], a Readability nie rozumiem czemu jest oskarżane o kradzież (bo chodzi o usługę i program jak rozumiem, nie tylko o twórców).

  • hah, złapałeś haczyk hejterów.

    Instapaper od miesięcy wysyła mi co noc książkę z artykułów i jakoś nikt nie wyzywa Marco.

  • Nie zrozumiałeś sensu ani postępowania Readability.

  • Wesolowsky

    Przykład z kserowaniem podręczników totalnie nietrafiony. Jakby na ten proceder nie patrzeć jest to kradzież. I nikt mi nie wmówi, że jak się nie ma kasy to można…

  • Readability na rzecz WSZYSTKICH piszących pobiera, bez ich zgody ani nawet pytania, pieniądze od swoich subskrybentów.

    Przykładowo, ja się na to nie godzę i nie odbieram tych środków – do dzisiaj nie wiadomo co się z tymi pieniędzmi dzieje.

    Ludzie stojący za tymi usługami zarabiają na nie swojej treści. Jak zwał tak zwał – dla mnie to przekręt.

  • Książkę? Ebooka?

  • O Readability napisałem powyżej, w komentarzu poprzednim – zerknij.

  • Wesolowsky

    Nie rozumiem do końca czemu takie Instapaper wrzucamy do innego worka. Jakby na to nie patrzeć Marco na swojej usłudze zarabia. W trochę inny sposób ale cały czas zarabia udostępniając artykuły pisane przez innych.

  • w_sos

    a co uważasz na temat kawiarni udostępniających książki do czytania i zarabiających na tym że ludzie do tych książek dokupują kawę i ciastko? Dla mnie to jest identyczna sytuacja.

  • Marco nie zbiera kasy w imię autorów. Instapaper jest darmowy – płacisz za dodatkową funkcjonalność, za usługę. Jego sposób jest klarowny, Readability nie.

  • Na takie książki (jak i na filmy wyświetlane publicznie) są odpowiednie licencje, które należy wykupić.

  • Wesolowsky

    To się trochę ignorancją wykazałem :) Dopiero teraz odgrzebałem na ich stronie, że pieniądze pobierają w imieniu autorów…

    Uncool.

  • w_sos

    otóż na książki nie ma takiej instytucji której można by za to płacić.

  • Hmm kiedyś czytałem że to normalnie funkcjonuje. Nie fajnie w takim razie.

  • Wesolowsky

    http://www.bn.org.pl/o-bn/ustawa-o-bibliotekach

    Jeżeli ktoś zarejestruje bibliotekę, książki udostępniać może, w innym przypadku nie.

  • w_sos

    czy uważasz w takim razie, że na książki powinny być udzielane licencje? „książka z licencją do czytania osobistego, bez licencji na wypożyczanie i czytanie publiczne”?

  • Wesolowsky

    Podałbyś link do tego artykułu odnośnie kawiarnio-bibliotek?

  • w_sos
  • w_sos

    Readability jest w zasadzie OZZ – organizacją zarządzania zbiorowego prawami autorskimi. Nie wiem czy wiesz ale za kazdym razem kiedy kupujesz czystą płytę CD albo DVD, albo gdy kupujesz ryzę papieru o każdej z nich płacony jest podatek który jest przekazywany między innymi ZAiKSowi?

  • Wesolowsky

    Czy analiza działalności mieszczącej się w USA (NYC dokładnie) przez pryzmat polskiego prawa nie jest trochę bezcelowa…

  • Wesolowsky

    dzięki.

  • twoja frustracja wynika z nie wiedzy co to jest informacja oraz z sposobu przetwarzania informacji, w tym filmie o ACTA możesz dowiedzieć się kiedy masz do czynienia z kradzieżą intelektualną a kiedy nie.

  • krakers

    Czy wszystkie zamieszczane przez Was informacje pochodzą bezpośrednio od Warszego źródła, bądź wszystkie opisywane tutaj triki znaleźliście sami w systemie? Przypuszczam, że nie i w ten sposób zarabiacie na nie swojej treści. Jak to zwiecie kradzież, bo często treść zagranicznego autora jest przedstawiana bez jego kontroli i to nie u niego reklamy się wyświetlają.

  • krakers

    Jak by nie patrzył to narzędzie tylko pozwala na to co ty na wyrost nazywasz kradzieżą. Za użytkownika przecież nie klika, tak jak nóż za człowieka nie zabija.

  • Krzysztof Śmiałowski

    Hmm…można zablokować „python-requests/0.12.1” + ew. „ec2-23-20-20-168.compute-1.amazonaws.com”.

  • W swojej recenzji Kindle tak napisałem:

    http://macmoc.pl/2011/12/kindle-4-recenzja/

    „Jeżeli wszystko pójdzie ok na nasz czytnik zostanie dostarczona
    “książka” z ostatnimi nieprzeczytanymi artykułami z Instapaper.”
    Jest bardzo ładna – ma spis treści z linkami do artykułów, dostaję ją automatycznie. Readlists zrobił tylko krok dalej – dając narzędzie bardziej uniwersalne, ale nie zupełnie inne. Dlatego uważam, że to kolejna nagonka.

    „Instapaper provides Kindle-compatible files (…) Instapaper also provides ePub files for other electronic reading devices”

  • Tak. Możesz sobie ustawić w preferencjach Instapaper żeby wysyłał Ci artykuły bezpośrednio na Kindle w formie zmielonej do MOBI…

  • Pierwszy był Przemek Spider ze swoim dziełem na temat AdBlock’a oraz aplikacji Reeder (wiadomo: pierwszy polak) teraz znowu Wojtek. Nie wiem, ale chyba im się kończą tematy :D

  • Ja nie zarabiam na tym blogu.

  • A co to ma wspólnego z tym, że Readability zarabia na nie swoich treściach?

  • Ale to nadal nie jest książka – masz opcję przejścia do źródła, itp.

  • Marco nie czerpie zysku z takich procederów jakie uprawia Readability.

  • w_sos

    to jest analogia – kawiarnia zarabia na udostępnianiu treści w postaci książek nie płacąc za nie. tym sposobem ludzie nielegalnie czytają książki okradając pisarzy.
    swoją drogą czy zamierzasz napisać do Google żeby zablokował agregowanie twojego RSS w Google Reader, bo ja mogę czytać twoje wpisy na blogu z poziomy Google Reader nie nabijając tobie ani jednej odsłony. Do tego z poziomu GR mogę wysłać wpis na twoim blogu do Instapaper, Readability i zobaczyć to dokładnie w takiej formie w jakiej ci się nie podoba.
    Czy napiszesz no twórców programu Reeder żeby zablokowali w tym programie twoją stronę?
    A może pora usunąć ze strony RSSa?

  • w_sos

    ale jak nie chcesz płacić to nie musisz. subskrypcja jest dobrowolna.

  • Odsłony to był przykład – nie czepiaj się jak rzep psiego ogona :) tylko spójrz na to szerzej. Zaraz odpiszę w komentarzu do wszystkich.

  • Drodzy komentatorzy @Wesolowsky:disqus @w_sos:disqus @macmoc_pl:disqus @ciochu:disqus @alekjed:disqus i inni, mniej skorzy do normalnej dyskusji.

    Zastanawiałem się jak najlepiej zobrazować ten proceder, bo ludzie często bardzo dziwnie podchodzą do treści pisanych – oto metafora tego co robi Readability na przykładzie muzyki:

    Otwieram serwis do słuchania muzyki, nazwijmy go Musicability, w którym możecie zdecydować się na subskrypcję. W zamian udostępnię Wam wszystkie utwory wszystkich zespołów na świecie. Obiecuję, że do 70% przekazanych przez Was pieniędzy trafi do nich … jeśli się po nie zgłoszą. Jeśli nie to … nie wiem co i Wy też nie wiecie, bo nie ujawniam co dzieje się z pieniędzmi, po które nikt się nie zgłosi. Jednocześnie 30% z subskrypcji (+ te % co zostały z poprzedniego zdania) biorę na prowadzenie serwisów.

    Ale to nie koniec – dodatkowo otwieram serwis Musiclists, dzięki któremu możecie skomponować sobie płytę z tych dowolnych utworów, które pobieram od artysów i muzyków bez ich pytania. To oczywiście dodatkowo napędza subskrypcje pierwszego.

    Zanim wejdziemy na temat licencji, płatnych utworów, itp. itd. to przypominam, że to że coś jest za darmo nie oznacza, że można z tym robić się się nam podoba.

  • w_sos

    uczepiłem się bo to jest twój jedyny twardy argument – dowód że jesteś okradany ponieważ treści z twojej strony są w pewien specyficzny sposób przetwarzane. na pozostałe argumenty starałem się odpowiedzieć analogiami. za chwilę też dostaniesz analogię.

  • Instapaper ma taki ficzer od początku (jak już działała integracja z kindlem) że wszystkie teksty wysyłała w jednej paczce. Później to zmienili i zaczeli wysyłać każdy tekst w oddzielnej paczce i tym samym integracja z Kindle straciła sens.

  • Nie prawda.

    Ale wiem do czego pijesz. Czytałem wpisy o tym jak Readability uprawia „szary biznes” i jest źle postrzegany przez Grubera, Brooksa i kilku innych hejterów Readability, których czytamy. Czyprzypadkiem w czasie, kiedy „szary biznes” tej firmy nie był
    rozwlekany w czasie, kiedy ikonka kanapy gościła na tej stronie? A ile razy klikaliśmy w ikonę Readability w Reederze? Ale zostawmy Readability, bo nie na tym polu według mnie toczy się dyskusja.

    Jednoosobowa firma w postaci Marco i firma w której udziałowcami są Dash i Zeldman oferują tą samą usługę, przy czym ta druga ma ją na wyższym poziomie, tj. „daj nam linki do stron, które Cię interesują, a my dostarczymy Ci samą treść tych stron, bez reklam. Podstawowa usługa jest za darmo, ale liczymy bardzo na skorzystanie z naszego płatnego serwisu / zakupu aplikacji”.

    Teoretycznie jedno i drugie jest za darmo, ale jedna i druga firma liczy na zyski. Marco chce Ci sprzedać aplikację na iOS i subskrypcję, a Readability chce abyś kupił subskrypcję dając aplikacje za darmo.

    Zostawiając emocje na boku, nie czytając blogów US, odcinając się od sympatii dla Marco, patrząc na to z dalekiej perspektywy to nie rozumiem czym się różni to, że Marco wysyła ostatnie 10-50 artykułów w postaci ebook’a od tego, że Readlists robi to samo, tylko ma do tego lepszy interfejs. Czy jak dodam 10 artykułów i pobiorę je w postaci ebooka od Marco to jest to inny czyn niż dodam w innej aplikacji 10 linków do szybkiego pobrania na dysk? Marco z jednej strony jest na wyższym poziomie wydawniczym, bo – jak wspomniałem – książki wysyła co noc automatycznie do tysięcy osób. Natomiast do Readlists trzeba je dodać ręcznie, ale można przez to precyzyjnie określić ilość artykułów.

    Czy gdyby powiedzieli „płać nam 5 dolców miesięcznie, a autorzy nic z tego nie zobaczą” ich model byłby lepszy niż Marco „kup moją aplikację za $5 i wysyłaj mi $1 miesięcznie”?

    Błagam, zdejmij różowe okulary. Marco ŻYJE tylko i wyłącznie z Twoich (i innych) treści. Ma inny model biznesowy, ale nie zmienia to faktu, że żyje z tego, że ja (i inni) chcą czytać www bez reklam.

    Zostawmy na boku w tej dyskusji (dyskusji o Readlists) obietnice Readability o tym jak będzie wypłacał autorom zgromadzone środki – myślę, że chcieli być hojni (a być może tylko doradził im to jakiś prawnik), a dostają takie baty w applowej (US) blogosferze że hoho.

    Gdyby kiedykolwiek ktoś wytoczył proces o naruszenie prawa autorskiego (o to do czego pijesz w swoim wpisie) to autorzy wszystkich trzech najpopularniejszych aplikacji mieliby takie same problemy. Jako autor nie powinieneś ich rozdzielać, jeżeli bólem u podstaw jest to, że ktoś nie ogląda Twoich reklam (których zresztą nie masz, ale rozumiem, że stajesz w obronie stron, które je mają). I nie będzie miało znaczenia to czy Instapaper (czy Pocket) linkuje na oryginalną stronę www. Wszystkie aplikacje z tej kategorii są stworzone po to, aby omijać stronę www (i reklamy) szerokim łukiem, a nie po to, aby wchodzić na oryginalną stronę. Dlaczego danie linku do treści miałoby kogokolwiek rozgrzeszać.

    EDIT – a zarazem PS. Taki mały fakt na koniec. READLISTS linkuje do artykułu – pobrałem testowy ebook i link jest AKTYWNY – po kliknięciu otwiera się w przeglądarce. To samo w książce, którą komuś linkuje przez WWW. Co więcej – kliknięcie z tego poziomu powoduje otwarcie oryginalnej WWW (z reklamami). Chyba, że klikniemy ikonkę „now” to otworzy się strona www, następnie trzeba kliknąć „Enjoy this article by switching to Readability view” aby zobaczyć okrojoną wersję. Dlaczego nie zrobisz własnego audytu przed napisaniem artykułu z tak pikantnym tytułem i treścią?

  • w_sos

    Jestem architektem więc zrobię podobną co powyżej analogię tylko z mojej dziedziny.
    Serwis zajmuje się pokazywaniem budynków. Budynki oczywiście projektują architekci, płacą za to inwestorzy, ale ja mam serwis który ma ich wszystkich gdzieś. Pokazuję budynki tak jak mi się to podoba, a nie tak jak było na wizualizacji i to nie jest moje ostatnie słowo. Nie dość to jeszcze umożliwiam poruszanie obrazem tak żeby nie było widać reklam umieszczonych na budynkach co przynosi wymierne straty inwestorom, oraz godzi w prawa autorskie projektanta które wymyślił gdzie te reklamy najlepiej przykleić. Nie dość to jeszcze pozwalam na wyszukiwanie tych budynków a ze słów kluczowych komponuję skrojone na miarę własne reklamy na których zarabiam mnóstwo forsy i nie informuję nikogo skąd się te pieniądze biorą ani gdzie znikają.

    Efekt jest taki, że ktoś poświęca mnóstwo czasu, energii i talentu na zaprojektowanie dzieła jakim jest budynek. Dzieła do którego niewątpliwie ma osobiste (te niezbywalne) prawa autorskie. Z prezentowania którego to dzieła w moim serwisie nie dostaje złamanego grosza (żeby być jeszcze wredniejszym nie umieszczam nawet jego nazwiska obok jego dzieła). Zarabiam na tym pieniądze i nie dziele się nimi z nikim.

    Serwis nazywam Google Maps.

  • Ale Twój artykuł jest o Readlists – usłudze, którą Instapaper miał od dawna – a nie o Readability.

    Zapomniałeś opisać „InstaMusic”, który od dawna komponuje użytkownikowi płytę złożoną z dowolnych utworów, które pobierasz od artystów bez pytania o ich zgodę. Do tego (aby ułatwić proceder) ma opcję automatycznego wysyłania na dowolne urządzenie o wskazanej przez użytkownika godzinie.

    Ja nie piszę tutaj o naruszeniu prawa, bo nie jestem prawnikiem ani sądem – ja po prostu nie widzę dużej różnicy pomiędzy serwisami, które opisujesz w zupełnie innym świetle.

    Jestem pewien, że jeżeli ktoś ma problem z tym, że się omija jego stronę www, może wysyłać do czytelników fragment wpisu w RSS i sprawić aby serwisy typu Readability, Pocket i Instapaper nie działały. I po sprawie.

  • W moim ePubie nie ma linków niestety. Być może to się zmieniło w międzyczasie, ale w momencie jak testowałem usługę, to nie było.

    Niestety nie rozumiem dlaczego mamy odstawiać na bok sposób zarabiania na czymś pieniędzy – być może jest to różnica dla niektórych jedynie etyczna, ale to ma znaczenie. Podstawowe.

    Co do reszty – rozumiem Twój punkt widzenia, ale się z nim nie zgadzam. Zwróć uwagę, że na głównej Readlists pojawiły się już „kompilacje” artykułów, z których możemy sobie zrobić książki. Jeszcze chwila, a Readlists będzie je sprzedawało w takiej czy innej formie, jeśli nie zacznie tego robić ktoś inny. A już zarabia na usłudze Readability – zarabia na treściach innych ludzi i w ich imieniu pobiera kasę.

    Odstaw na moment reklamy na stronach – może niepotrzebnie zupełnie o tym pisałem, bo to odwraca uwagę od podstawowego problemu. Różnica w stosunku do modelu Instapapera jest znacząca.

  • Czytam i czytam i… czasami sobie myślę, że Wojtek tutaj ma rację, a czasami wystarczy jedno słowo by zmienić decyzję. Zatem znajduję rozwiązanie, chcecie używajcie, nie chcecie nie używajcie. Wojtku to co Readability robi, złe nie jest (jeszcze) i rozumiem twoje obawy. Tak naprawdę to Readlists nie ma całkowicie sensu, bo czytanie info w ebook’u a czytanie wprost z strony Web. Jedyny plus dla ebook’ów- brak reklam, jednakże reklamy takie często są źródłem finansowania strony.

    Co za tym Readlists robi?

    Zabija swoje źródła, co wg mnie jest totalnym bezsensem. To usługa, narzędzie, które za chwilę może okazać się bez użyteczne, bo brak będzie źródeł. (Oczywiście, podaję tu ekstremalne warunki, ale Wojtek też podał najgorszy możliwy skutek.)

    Nie chcę tu nikogo hate’ować i w ostatecznym rozrachunku można dać szansę tej usłudze, a jak coś kombinują to i tak ludzie się połapią i wyjdą na minus. xD

  • Uśmiałem się na dobranoc – brakuje tylko wódki, a moglibyśmy dyskutować do rana.

  • Andrzej Libiszewski

    A mógłbyś rozwinąć temat licencji na książki?

  • O książkach odpowiedź znajdziesz poniżej.

  • Rozumiem, że Instapaper, a nie Instagram miałeś na myśli. Obecnie Readlists jest za darmo i wątpię aby przekroczyli tą cienką linię o której mówisz – czyli pobieranie pieniędzy za skompilowane ebooki.

    Póki co model Marco jest taki, że jak chcesz sobie ustawić liczbę pobieranych wpisów w postaci ebooka to musisz mieć subskrypcję – „Higher Kindle article limits and a “Send to Kindle” bookmarklet to send any page immediately.”. Więc za 5 minut możesz mieć ebook stworzony przez Instapaper na swoim Kindle lub epub.

    Idąc krok dalej – czym się różni model kompilacji na stronie głównej R od „zobacz co czytają moi znajomi” w Instapaper?

    Co więcej – model z kompilacjami na stronie głównej R prowadzi na mojego bloga, a nie na stronę readability z okrojoną treścią.

    Oto moja książeczka. http://readlists.com/c2554867/

    Obawiam się także, że strona (główna) z kompilacjami (którą tak demonizujesz) za chwilę stanie się spamownią z automatami postującymi link do ostatnich 10 wpisów na blogi, ebookami tworzonymi przez autorów serwisów.

  • W ebookach generowanych przez Readlists też masz na początku każdego rozdziału link do źródła.

  • Andrzej Libiszewski

    Kawiarnia zarabia raczej jednak na kawie. A za książkę zapewne uczciwie zapłaciła, płacąc działkę również autorowi.

  • w_sos

    ale kawiarnia puszcza też muzykę z płyty CD za którą to płytę też zapłaciła, jednak jak się okazuje za puszczanie muzyki należą się tantiemy ponieważ jest to publiczne odtwarzenie/udostępnianie utworu. Takim utworem jest też książka która w przypadku kawiarni wpływa na sprzedaż kawy ponieważ stanowi wartość dodaną. Oczywiście można iść do kawiarni gdzie nie ma ani książek ani muzyki ani tym bardziej gazet i czasopism. Wszystkie te wydawnictwa muzyczne czy tekstowe są utworami i niby dlaczego miałyby być traktowane różnie? I czy kawiarnia pozbawiona tych dodatków będzie atrakcyjniejsza od tej udostępniającej takie rzeczy?

    Równie dobrze Marco mógłby zrobić Instapaper który nie umożliwia dodawania tekstów z internetu, można jest natomiast samemu wpisać. Zupełnie jak w kawiarni do której możemy przyjść z własną książką. Ale za kawę nadal płacimy, z książką czy bez.

    I tak jak pisał wcześniej @macmoc_pl:disqus – istotą sprawy nie jest czy ktoś pobiera za to pieniądze (i co jest podstawą pobierania tych pieniędzy, opłata za aplikację, subskrypcja usług, czy datek na OZZ) ale to czy dopuszczalne jest prezentowanie czyjegoś tekstu w sposób inny niż na sronie www.

    Istota postawionego w artykule zatacza jeszcze szersze kręgi, np. można w to włączyć dyskusje o blokowaniu reklam na stronach – czy jest to dopuszczalne. Na marginesie ten temat też jest wyjątkowo dęty ponieważ argumenty strony uważającej że nie można blokować prowadzą do wniosku, że używanie do przeglądania stron www urządzenia bez zainstalowanej wtyczki flash okrada właścieli stron, bo nie uruchamiają się reklamy w tej technologii.

    Nie tyle idea praw autorskich jest przestarzała co raczej jej rozumienie jest dość siermiężne.

  • Tak – już poprawiłem.

    Już przekroczyli za pomocą Readability – zresztą działa to na mnie mentalnie jak ZAIKS: „Pobieramy kasę dla Ciebie i dbamy o Twoje interesy, ale jej nigdy nie zobaczysz.”

    Na Instapaper pisze, że bez subskrypcji możesz wysyłać do 20 artykułów dziennie. Niemniej jednak Marco nie pobiera kasy w „Twoim imieniu.”

    Klikając w „zobacz co czytają znajomi” otwiera artykuł w przeglądarce WWW najpierw.

    Skompilowałem ponownie książkę – rzeczywiście pojawiły się linki. To duży plus dla Readlists, ale nie dla ludzi stojących za tym całym procederem.

    Różnica pomiędzy Instapaper i Readlists, a wersjami na Kindle, polega na tym, że nie masz fizycznego pliku/ebooka (no chyba, że pokombinujesz, ale mówię ogólnie). A teraz wyobraź sobie do czego to narzędzie będzie za chwilę wykorzystywane …

    P.S. Podpowiem, że z moralnego punktu widzenia, nie jestem zachwycony wysyłaniem na Kindle z Instapaper, ale to jednak co innego.

  • w_sos

    a co z kserowaniem tomików z wierszami?

  • w_sos

    Załóżmy, że pożyczyłem od znajomego książkę. Powiedzmy Sonety Szekspira. Mógłbym ją zkserować ale zamiast tego nauczę się wszystkich sonetów na pamięć (kiedyś ludzie to porafili). Kiedy znam je już na pamięć mogę w każdej chwili przepisać na komputerze dowolny sonet. Gdyby ten safanduła Szekspir jeszcze żył, niewątpliwie okradał bym dziada.

  • Jak to nie masz możliwości pobrania pliku z Instapaper? Zaloguj się na stronę instapaper.com i wybierz (bez kombinowania) czy wolisz plik epub, mobi czy w wersji do wydruku (w której możesz zdefiniować czy wolisz „procederować” 6000 czy 12000 znaków).

    I co takiego ludzie będą z tym robić (czego nie mogli robić wcześniej przy użyciu innych narzędzi)?

    Jaka jest różnica w wysłaniu na Kindle z Instapaper vs czytanie na iPad offline?

  • w_sos

    Inny przykład – dwóch kumpli na studiach kupują podręczniki na spółę. Mieszkają w jednym pokoju w akademiku i chodzą na te same zajęcia. Wystarczy, że zorganizują sobie dobrze naukę i każdy ma dostęp do tych samych treści ale płacą tylko za jedną książkę.
    Ale to nie koniec. Kiedy już się wszystkiego nauczą, porobią sobie w kajetach notatki, zdadzą egzaminy sprzedadzą wspólne podręczniki młodszemu studentowi i podzielą się pieniędzmi. Autor i wydawca nie dostaną z tej transakcji ani grosza a jest to już trzecia osoba która będzie czytać ich książkę!

  • Jak w dodam do Pocket link z RSS to nawet jeśli w RSS był tylko wycinek, to mogę go przeczytać w całości w programie, pomijając www i reklamy… I w taki sposób czytam większość informacji na komórce (na komputerze rzadko zaglądam do RSS/Pocket), bo wchodzenie każdorazowo do przeglądarki mobilnej zajmuje kilka razy więcej czasu.

    A strony odpalam głównie wtedy, kiedy chcę zostawić komentarz. Czy jest to krzywdzące dla twórców? Pewnie tak, bo nie zarabiają na moich klikach.

  • Zawsze będę zdania, że wszelka sztuka/twórczość powinna bronić się sama i powinna skłaniać ludzi do wynagradzania za nią. Jednak wcale to nie oznacza, że może ona być prezentowana przez kogolwiek, jakkolwiek itd. To autor jako jedyna osoba powinna mieć prawo do decydowania, gdzie efekty jego pracy będą dostępne. Ponadto, jeśli ktoś ma z takich poczynań zarobek, to na pewno nie jest to fair wobec czyjejś ciężkiej pracy. Jest to zwykłe chamstwo.

    Swoją drogą, w jaki sposób działają gazety zbierające najciekawsze artykuły prasowe (Angora itp) ? Tak po prostu sobie to robią, czy jest porozumienie ?

  • Wesolowsky

    Jestem prawie pewien, że prawa autorskie Shakespeara wygasły :P

  • Wesolowsky

    Widzę, że trafiłem na fana argumentum ad exemplum :) (student/abslowent prawa jak mniemam). Nie wiem jednak czy odnosić się do podanego przykładu z perspektywy prawa czy też etyki moralnej (w tym przypadku odpowiedź jest dużo bardziej indywidualna).

  • alekjed

    Ale aplikacja jest płatna – a bez niej usługa nie jest kompletna.

  • I pewnie dasz rękę uciąć iż nie skserowałeś żadnego podręcznika… nic tylko winszować.

  • zrozumiałem, agreguje informacje z różnych źródeł, usuwa niepotrzebne rzeczy takie jak, odnośniki, reklamy, zdjęcia itp itd zostawiając samą treść a następnie umożliwia to użytkownikowi wyeksportować do e-booka.

    Co za różnica czy w tym czy ja przeczytam to w postaci ebooka czy na stronie internetowej. Jeśli wersja ebookową lepiej mi sie czyta to wybiorę tą opcje.

    A na jakiej zasadzie działa Reader w safari? Usuwa zbędne rzeczy zostawiając tylko treść danego artykułu i jakoś nie słyszałem byś robił z tego wielkie halo…

  • krakers

    Ale autor oryginalnej treści też nie zarabia przez to. Czyli zgodnie z Twoją retoryką kradniesz. Poza tym na imagazine reklamy są.

  • OK, ale co ma jedno do drugiego? Zrobiłeś tym artykułem wielkie halo, że Readability pozwala wyeksportować artykuły w postaci ebooka, że kradnie treść autorów bez ich wiedzy itp itd. Teraz bronisz się tym iż ta sama firma wyciąga pieniądze od swoich subskrybentów bez ich zgody.
    Skoro to prawda (nie wiem, nie interesuję się Readability) to o tym może powinieneś napisać a nie o rzekomej kradzieży treści?

  • jamirq

    Wojtek mam pytanie. Nie podoba Ci sie, ze ktoś pobiera opłate w imieniu autorów. Masz żal o to, że ktoś pobiera opłate niby w Twoim imieniu, a jej nie przekazuje czy też, że musi „przekazywac” aby móc pobierac opłate a tego nie robi? chodzi o to czy „fakt” przekazania jest obejściem do mozliwości pobierania opłaty jako takiej? Jak tak to faktycznie facet robi źle. Jak nie to moglby kasowac za swoj program bez gadania na co ta kasa idzie. W efekcie rozchodzi sie bardziej o wywiązywanie sie obietnic niż łamanie prawa.

    przecież sam korzystasz z innych źródeł, oczywiscie podajesz je (tak jak masz linki w tej aplikacji). jednak czytajac u Ciebie to ty dostaniesz kase za reklamy itd a nie np engaget na ktory sie powołujesz lub inna strona. Ona nie wygeneruje na Twoim czytelniku odsłony i zarobku na reklamach.

  • Przecież linkuję wtedy kiedy mam do czego linkować. Jak nie linkuję to albo piszę skąd to wziąłem albo jest to moje. Sporadycznie zdarza mnie się zapomnieć pomimo że o to dbam – poprawiam naturalnie.

  • Napiszę maksymalnie uproszczony wpis bo za duży bałagan zrobił się w komentarzach.

  • krakers

    Ja nie rozumiem tego całego głupiego tłumaczenia „przecież linkuję”. Jak przeczytałem u Ciebie to nie czytam drugi raz u źródła, bo po co? Autor więc nie zarabia. I to jest wedlug Twojej definicji kradzież.

  • marekjot

    Jakos wszyscy skupili sie na punkcie drugim a co z pierwszym?
    Mysle ze Wojtka wkurza ze ktos zarabia na jego pracy bez wiedzy zgody ale w jego imieniu wyciaga reke po kase.
    Wszystko tu ( mam na mysli internet ) jest wirtualne tylko kasa realna a gdyby dac inne przyklady moze ludzie by zrozumieli co masz na mysli ( choc bedzie ciezko ).

  • Nie zrozumiałeś mnie lub źle przekazałem myśli.

  • O w końcu – dzięki.

  • Wesolowsky

    A może jestem najzwyklejszym w świecie hipokrytą :P

    A tak na poważnie. Nie, nie skserowałem ani jednego podręcznika. Jestem wyznawcą nauki z notatek, które kseruję zawsze za zgodą właściciela. :)

  • Wesolowsky

    „TYGODNIK ANGORA działa w oparciu o przepisy art. 25, 26, 29 (zamieszczając także wypisy dla celów dydaktycznych) 33 i 49 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i „prawach pokrewnych z dn. 4 lutego 1994 r. (DzU z dn. 23 lutego 1994 r. nr 24, poz. 83) oraz przyjęte zwyczaje edytorskie. Szczegóły wyjaśniamy w rozesłanym do redakcji i udostępnianym na żądanie liście intencyjnym. Sprostowania i odpowiedzi drukujemy jedynie po opublikowaniu w pismach, skąd dokonaliśmy przedruku. Redakcja nie zwraca nie zamówionych materiałów. Zastrzega sobie prawo do skrótów i opracowań tekstów. Tygodnik ANGORA płaci autorom za przedruki.”

    http://www.angora.com.pl/redakcja/

  • Ale ja mówię o kasie, a nie o tym o czym Ty. :)

  • Ale ja się odnoszę do artykułu, który jednak nie jest o tym, że Readability pobiera opłaty, ale o tym, że można sobie wysłać ebooka z artykułami.

  • O, dzięki :) Przyznam się, że nie sprawdzałem ich strony. Raz z braku czasu, a dwa, ponieważ nie spodziewałem się tam znaleźć takie informacje. Jeszcze raz dziękuję :)

  • Pingback: Readability i Readlists – podejście trzecie | Makowe ABC()

  • Dokładnie to samo chciałem napisać. Większość artykułów jest dostępna w całości z czytnika RSS, wiec po cholerę te całe halo…

    Do tego ja bym jeszcze pozwał AdBlock, bo przecież nie widzę reklam wchodząc na twoją stronę, co uniemożliwia mi ich kliknięcie.