Do niedawna, przemieszczając się po mieście tylko z iPhonem, jeśli wychodziłem na cały dzień i wiedziałem, że będę z niego intensywnie korzystał to brałem ze sobą powerbanka. Mam dwa własne w domu – jeden wielkości karty kredytowej o pojemności około 1500 mAh i drugi, większy i cięższy, o pojemności 6000 mAh. Pierwszego brałem ze sobą tylko w przypadku gdy nie miałem ze sobą torby, a drugiego tylko jak ją miałem. Gdy przyjechał nowiusieńki Nexo powerBox o pojemności 10 tys. mAh to byłem ciekawy jak się porówna do mojego Mophie – różnice w konstrukcji są w końcu znaczne. Parametry mają podobne w przypadku wykorzystania tylko jednego gniazda – oba podają 2.1 A na „mocniejszym” z dwóch gniazd USB (2.0 A w przypadku powerBoxa, gdy oba są wykorzystane, 1A w przypadku Mophie). Różnią się więc możliwościami, wykonaniem, kolorem i kształtem…
Wiem, że wystarczy mi na wszystko poza najgorszą katastrofą. Tyle, że wtedy pewnie nie będzie już ani Wi-Fi, ani sieci komórkowych…
Dziesięć tysięcy mAh. Brzmi nieźle. Powinno wystarczyć na pięć pełnych naładowań iPhone’a 6. Jednego dnia spokojnie wystarczyło mi na pełne naładowanie iPhone’a 5S oraz przy okazji iPada z 30 do 100%, a dioda sygnalizowała, że ma jeszcze w okolicach 25% pojemności. To dla mnie więcej niż potrzebuję. Ale te dodatkowe elektrony pozytywnie wpływają na spokój ducha – wiem, że wystarczy mi na wszystko poza najgorszą katastrofą. Tyle, że wtedy pewnie nie będzie już ani Wi-Fi, ani sieci komórkowych… Ale wracając do sprzętu…
PowerBox wykonano z szorstkiego w dotyku aluminium, które wyglądem przypomina sprzęt Apple. Boki zakończone są białym plastikiem, które trochę psuje wrażenie – to jednak minęło, gdy dowiedziałem się ile ten akumulator kosztuje. Sugerowana cena wynosi 99 PLN, co jest blisko czterokrotnie mniej niż sugerowana mojego Mophie. Chrzanić plastik – nie psuje wrażenia na tyle, żeby nie korzystać z powerBoxa, a wiecie, że mam zboczenie na tym punkcie. Jest bardzo płaski w swoim kształcie co ma wady i zalety – zajmuje sporą (moim zdaniem) powierzchnię, ale za to mieści się wygodnie do tylnej kieszeni jeansów i jeszcze wygodniej do niewielkiej kieszonki w mojej torbie. Jego wymiary to 156 x 71 x 10 mm i waży 222 gramy.
Obudowa, obok portów USB, posiada przycisk, który należy wcisnąć jeśli chcemy uruchomić ładowanie.
Urządzenie pracuje poprawnie, ale inaczej niż akumulatory, z którymi miałem do czynienia. Obudowa, obok portów USB, posiada przycisk, który należy wcisnąć jeśli chcemy uruchomić ładowanie. Zapala on jednocześnie cztery niebieskie diody, które chyba nie gasną dopóki nie przejdzie w tryb uśpienia po odłączeniu ładowanego urządzenia. „Chyba”, ponieważ powerBoxa zazwyczaj trzymam w torbie i nie zwracam na to uwagi. Same diody oczywiście sygnalizują ile prądu pozostało w akumulatorze. Raz, na początku, zdarzyło mi się też, że przestał ładować sam z siebie – musiałem ponownie wcisnąć przycisk. Nie powtórzyło się to jednak od paru tygodni, więc może to była wina operatora. Niezależnie, należy pamiętać o tym, żeby kabel włożyć do odpowiedniego portu – w przypadku nowszych smartfonów (np. iPhone’a 6/6+) lub iPadów koniecznie do tego oznaczonego symbolem „2.1 A” – aby zapewnić urządzeniu odpowiednią dawkę prądu. W tym drugim też się naładuje, ale wolniej. Cieszy mnie jednak fakt, że „za stówkę” można ładować równocześnie dwa urządzenia, a „mocniejszy” port nadal dostarcza 2 A.
Nie jestem specjalistą od rynku akumulatorów zewnętrznych, ale trochę ich widziałem i pomimo niskiej ceny ten wygląda znacznie lepiej niż droższa konkurencja. Mogę go śmiało polecić jeśli szukacie czegoś naprawdę pojemnego i chcecie awaryjnie mieć możliwość schowania go do kurtki lub kieszeni – na co dzień jest ciut za duży do tego celu, ale od święta się sprawdza. Do torby jednak jak znalazł!
Chciałbym jeszcze na koniec zwrócić uwagę na gwarancję, która wynosi sześć miesięcy – nie ma to jednak większego znaczenia, bo kupującego zgodnie z prawem UE i tak obowiązuje dwuletni okres „ochronny”.


Chcesz zwrócić mi na coś uwagę lub skomentować? Zapraszam na @morid1n lub na forum.